Nutki ;'D

1 stycznia 2017

Ogłoszenie~

Niestety przez ten tydzień nie będę mieć czasu ani warunków by pisać rozdziały. Najbliższy pojawi się w piątek wieczorem. Przepraszam i baji~

31 grudnia 2016

Rozdział 24~

Wyszłam z pomieszczenia, a następnie udałam się na górę. Weszłam przez lekko uchylone drzwi do pokoju Paula. Spał tak słodko! Popatrzyłam się na niego przez chwilę, a potem mój wzrok przeniósł się na pobocze. Obok leżała walizka. Nie spakowana. O boshhhh. To... co? Mam sporo czasu to może go wyręczę? Chociaż... nie wiadomo co on może trzymać w tej walizce, albo szafie. A co mi tam! Otworzyłam drzwiczki do szafy najciszej jak potrafiłam i... dobił mnie tamtejszy smród. Ja rozumiem, że to chłopak, no ale... są jakieś ograniczenia. Zaczęłam wszystko wyjmować, składać i wrzucać do torby. Brudne ciuchy pakowałam najpierw do osobnej siatki, a potem siatkę wrzucałam do walizki. Po skończonej czynności wyszłam z pokoju i udałam się do swojego. Znowu sprawdziłam godzinę. 5:23. OK. Podeszłam do szafy i wybrałam ciuchy odpowiednie do pogody. Był już początek grudnia. Po chwilowym zastanowieniu wybrałam biały sweter z różowym reniferem, który sięgał do połowy ud, szare rurki, różowe skarpetki w niebieskie serduszka i białe skórzane rękawiczki bez palców. I jeszcze oczywiście bieliznę. Weszłam do łazienki razem z ciuchami i ubrałam się. Ubrałam wszystko poza rękawiczkami i wzięłam się za rozczesywanie włosów. Przy takiej długości można się nieźle namęczyć. Chyba je zetnę... Po rozczesaniu włosów dobrałam jeszcze biżuterię w postaci zegarka na sznurku, (nosi się go na szyi) krótkie kolczyki z głową pandy oraz białą opaskę na włosy. Potem ubrałam rękawiczki. Wyszłam z pomieszczenia i automatycznie udałam się do pokoju Paula. Dalej spał. Wzięłam swój zegarek do ręki, otworzyłam i zaczęłam odczytywać godzinę. Była 6:13. No... nieźle mi zleciało. Zaczęłam szturchać chłopaka. Nic. Potem zaczęłam mówić coraz to głośniej aż prawie krzyczałam. Nic. Zaczęłam go kopać. Nic. Pobiegłam do pokoju i wróciłam do Paula z megafonem. Włączyłam go i krzyknęłam "Wstawaj cwelu!". To też nie poskutkowało. Więc szepnęłam "Jest 6:43". To już zadziałało. Chłopak natychmiastowo zerwał się z łóżka i wbiegł do łazienki. Potem zawrócił się po ciuchy. I wyszedł po 3 minutach. Wziął swoją torbę na kółkach i wybiegł z pokoju. Przecież samolot ma na 9... Co mu się tak spieszy...? Wyszłam powolnym krokiem i zeszłam na dół. Zastałam Paula w kuchni, który usiłował zrobić sobie śniadanie. Podeszłam do niego i odebrałam mu nóż, którym próbował posmarować sobie kanapkę masłem. Nie szło mu to najlepiej. Postanowiłam go wyręczyć.
- Em, mogę wiedzieć co ci tak spieszno? - zaczęłam
- No... bo chciałem jeszcze na chwilę wpaść do swojej kuzynki. Jakbym wstał wcześniej to nie musiałbym się tak spieszyć.
- Nie mówiłeś, że masz kuzynkę w Londynie...
- Nie mówiłaś, że masz ciotkę w Londynie - powiedział z chytrym uśmiechem i wziął ode mnie kanapkę, którą następnie skonsumował.
- Mogłeś poczekać aż nałożę szynkę...
- Dla głodnego nic trudnego!
- Chyba chcącego!
- To też! - uśmiechnął się promiennie - Poza tym, może zapomniałaś, ale jestem wierzącym!
- Co to ma do rzeczy? - nie zrozumiałam
- Przecież chodziłaś na religię... Powinnaś wiedzieć!
- No właśnie! CHODZIŁAM!
- My w piątek nie jemy mięsa!
- Aha - potem zeszła do nas ciocia, z którą się przywitaliśmy. Następnie zrobiłam Paulowi kanapki na podróż. Sama zjadłam jeszcze jedno jabłko i napiłam się wody.
- A co z moją wodą? - spytał ze zrezygnowaną twarzą
- Hmmm?
- Dałaś mi kanapki, ale wody nie spakowałaś! - powiedział z wyrzutem
- Kupisz sobie! - powiedziałam szczerząc się
- Dobra! Jedziemy do kuzyneczki! - powiedział uśmiechnięty
- Nom - odpowiedziałam i zadzwoniłam po Vincenta. Przyjechał po 7 minutach. Wsiedliśmy do samochodu. Walizkę wsadziliśmy do bagażnika, a siatkę z jedzeniem Paula na przód. Przywitaliśmy się z kierowcą i podaliśmy cel podróży. Po chwili pogaduszek dotarliśmy do "rzekomego" domu kuzynki Paula. Weszliśmy na posesję. Paul podbiegł do drzwi. Zadzwonił dzwonkiem. I czekaliśmy około pół minuty. Otworzyła nam... Rozalia! Była w szlafroku i wałkach we włosach. Czemu ona nie jest w szkole? Chłopak przytulił dziewczynę. Odwzajemniła uścisk i zaczęła się śmiać.
- O jacie! Jak ja cię dawno nie widziałam! - wykrzyczała śmiejąc się. Tamten okręcił ją parę razy dookoła co wywołało jeszcze większy śmiech ze strony dziewczyny.
- O! Harugoran! Co tu robisz?
- Przyjechałam z Paulem...
- To wy się znacie? - spytała zdziwiona
- Niestety... - powiedziałam ze sztucznym zmartwieniem
- Ej! - powiedział urażony i zaczął czochrać mi włosy
- Ychhh - warknęłam na niego
- Wejdźcie! Porozmawiamy w środku! - białowłosa zrobiła przejście w drzwiach byśmy mogli przejść. Weszliśmy do pomieszczenia. Całe było w jasnych barwach. Głównie koloru białego. Zdjęliśmy buty i przeszliśmy do salonu, a następnie biegiem po schodach w kierunku prawdopodobnie pokoju białowłosej. Otworzyła drzwi z wielkim "Tadam!". Miała śliczny pokój. Popchnęła nas w jego kierunku, a następnie zamknęła za nami drzwi.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Szczęśliwego nowego roku! Kocham was! Jutro rozdział! Baji~
Podobny obraz

28 grudnia 2016

Rozdział 23~

Leżałam na łóżku wtulona w pościel. Już nie płakałam, ale dalej miałam ślady łez na policzku. W pewnym momencie wyszłam na balkon, oczywiście wcześniej zabierając ze sobą bluzę i zakładając skarpetki. Różowe. Usiadłam na turkusowym fotelu i podkuliłam pod siebie nogi. Założyłam bluzę i zaczęłam się tępo wpatrywać w horyzont. Minęło 15 minut kiedy wstałam i już miałam z powrotem wrócić do pomieszczenia, ale coś uderzyło mnie w stopę. Nie był to duży ból tylko raczej lekkie szturchnięcie. Spojrzałam w dół. Obok mojej stopy leżała paczka papierosów, która wcześniej wypadła z kieszeni bluzy. Podniosłam ją. Przez chwilę patrzyłam na nią chcąc sobie przypomnieć co robiła w moim ubraniu. Nie umiejąc sobie przypomnieć podbiegłam do swojego biurka i otworzyłam szufladkę. Wyjęłam z niej zapalniczkę we wzór czarno - czerwonej kraty. Wolnym krokiem udałam się na balkon by zaraz potem odpalić fajkę. Zaciągnęłam się i oparłam o barierkę. Zaczęłam intensywnie myśleć. O wszystkim. Nawet nie wiem o czym dokładnie. Rozglądałam się w poszukiwaniu... w sumie nie wiem czego... Nagle poczułam gorzką gulę w gardle, by po chwili odkaszlnąć dym z papierosa. Za mocno się zaciągnęłam. Nie paliłam od dosyć dawna. Nałogową palaczką też nie byłam. Po prostu czasem mi się zdarzy zapalić. Nie widzę w tym nic niezwykłego. Zack się tego brzydził, więc przestałam. Chodziliśmy razem chyba półtorej roku. Dlatego mnie to wszystko tak bardzo zabolało. Był mi cholernie bliski. Po chwili poczułam gorący, wręcz piekący ból w okolicach palca środkowego i wskazującego. Czyli tam gdzie trzymałam papierosa. Syknęłam cicho i upuściłam papierosa by po chwili go zdeptać. Za bardzo się zamyśliłam. Trzeba skończyć z użalaniem się nad sobą, bo mi to nie wychodzi. Weszłam do pokoju i zamknęłam za sobą drzwi na balkon. Spojrzałam na wiszący na ścianie zegar. Wskazywał godzinę 3:42. Ech, jak nie zasnę to będzie ze mną źle. Na myśl o tym zrobiłam kwaśną minę. Zdjęłam bluzę, którą powiesiłam na krzesło biurkowe, a skarpetki rzuciłam w kąt pokoju. Położyłam się na materacu, a następnie przytuliłam się do kołdry, którą przez jakiś czas "macałam". Po jakimś czasie mojej "niedyspozycji" spojrzałam na budzik stojący na stoliku nocnym po lewej stronie. Myślałam, że coś mnie trafi. Była 4:23! No, już jest pewne, że nic z tego nie będzie. Boso zeszłam po zimnych schodach, by po chwili wejść do kuchni. Wzięłam do ręki jabłko leżące na blacie, a następnie wsadziłam pod kran i przemyłam wodą. Urwałam papierowy ręcznik i wytarłam nim o jabłko. Kawałek papieru wyrzuciłam do kosza, a jabłko nadgryzłam. Weszłam do salonu dalej jedząc owoc. Nogi położyłam na pufie, a sama rozłożyłam się na kanapie. Popatrzyłam na moje kończyny dolne. Zaczęłam nimi ruszać do rytmu jakieś melodii. Nie znałam jej. W połowie jabłka zorientowałam się, że nadeszła mnie wena, więc chwyciłam najbliższy notes i zaczęłam zapisywać nuty. Już miałam napisać końcówkę utworu, ale... olśnienie znikło. No, kurwa! Jak ja tego nie cierpię... Wyrwałam kartkę z notatnika i trzymając ją w jednej ręce udałam się do kuchni by po chwili wyrzucić ogryzek z pozostałości jabłka do czarnego worka na śmieci. Wyszłam z pomieszczenia i udałam się do sali muzycznej. Tzn. miałam taki zamiar, ale od razu jak otworzyłam drzwi prowadzące do pomieszczenia powitał mnie mroźny powiew powietrza. Szybkim krokiem udałam się do swojego pokoju i zabrałam swoją bluzę tak samo jak i poprzednie skarpetki. Z powrotem udałam się na dół po schodach. Kiedy miałam pokonać ostatni stopień źle stanęłam na nodze by po chwili... jakby ładnie to ująć... wyjebać się... lepszego określenia nie znalazłam. (Tsa, jasne...) Hałas nie był hałasem ponieważ wylądowałam naprawdę... cicho. Wstałam i spojrzałam na swoje odnóża by sprawdzić czy nic sobie nie zrobiłam. Na szczęście miałam tylko zdrapane kolano. Zeszłam po schodach w dół tym razem uważając i stanęłam na dywanie w ciemnym pomieszczeniu. Zapaliłam światło i podeszłam do pianina. Zagrałam na rozruszanie palców proste kanony. Potem wstałam i podeszłam do szafki z nutami. Zaczęłam szukać nut po literę "C". Ta, mamy je ułożone w kolejności alfabetycznej. Ale to naprawdę pomaga. Od stania rozbolały mnie nogi, więc kucnęłam. (Szafka znajdowała się dosyć nisko.) Po minucie szukania odnalazłam. Chwilę się im przyglądałam jakby nie byłam pewna czy to faktycznie one, mimo iż miały tytuł i wykonawcę na samym początku pierwszej kartki. "Canon in D". Obok znajdował się kolejny napis "Johann Pachelbel". Powoli podeszłam do pianina i zaczęłam grać.


(Polecam wysłuchać do końca, bardzo piękny utwór.)

Grałam całą sobą. Muzyka od zawsze była częścią mnie. Zamknęłam oczy i starałam się jeszcze bardziej wczuć. Już w młodości byłam zwolenniczką wielkich klasyków przez co byłam wyśmiewana przez innych nastolatków. Ale nie wszystkich... W gimnazjum znalazłam przyjaciółkę, która również miała tą samą pasję co ja. Byłyśmy nierozłączne póki... nie zdarzył się ten straszny wypadek, który mnie zmienił. Był to początek mojej kariery oraz 2 klasa gimnazjum. Gisele (czyt. Żizel)wpadła pod koła samochodu. Był to oczywiście wypadek. Szłyśmy razem do lodziarni ny uczcić nasze wakacje. Miałyśmy razem z rodziną wyjechać na wspólne wakacje na wyspę Aoshimę (należy do Japonii) i wynająć domek letni. Wracając z spaceru tak się wygłupiałyśmy, że nie zauważyłyśmy nadjeżdżającego samochodu. Zawołałam za nią i starałam się ją chwycić za ramię by po chwili odciągnąć ją od jezdni, ale tak się nie stało. Nie zdążyłam. Musiałam na to wszystko patrzeć. Gisele została potrącona przez samochód. Kierowca natychmiast wysiadł i starał się jakoś pomóc. Od razu zadzwonił na pogotowie. W trakcie jego rozmowy płacząc uklęknęłam nad przyjaciółką, a jej głowę położyłam na swoje kolana. Ludzi zaczęli się koło nas schodzić, ale nikt nie pytał co się wydarzyło. Po prostu. Patrzyli się na to wszystko. Po chwili przyjechało pogotowie i ją zabrało. Zdruzgotana pobiegłam do domu, by poprosić rodziców o natychmiastowy wyjazd do szpitala. Oni powiedzieli, ze przed chwilą dzwonił do nich mama Gisele by oznajmić, że mam zakaz zbliżania się do jej córki, a mojej przyjaciółki, iż twierdziła, że to moja wina za cały ten wypadek. Po kilku dniach koleżanka wróciła do szkoły. Podeszłam do niej i chciałam zagadać, ale ona uciekła. Widocznie wzięła sobie do serca zakaz mamy. Potem już nigdy z nią nie rozmawiałam. Tzn. ja próbowałam, ale ona od razu uciekała. Tak straciłam moją pierwszą najlepszą przyjaciółkę. Załąmałam się wtedy psychicznie dlatego rodzice przepisali mnie do innej szkoły, a potem przeprowadziliśmy się bliżej placówki. Skończyłam grać, a potem odeszłam od instrumentu i... wyszłam.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Chciałam wam podziękować za wszystkie motywujące komentarze, dzięki którym mam siłę pisać tą historię. Głównie anonimom, ale to jest właśnie fajne :D Chciałam was zachęcić do dalszego komentowania. Zaniepokoił mnie brak Nadii, ale to pewnie przejściowe! xD (Wiem, że nazywasz się inaczej, ale dla mnie zawsze nią będziesz xD) Do następnego! Baji~

27 grudnia 2016

Rozdział 22~

*Sen Harugoran* *wspomnienie*

Znajduję się w programie śniadaniowym na wywiadzie z Ewą Chodakowską. Jako "wielka gwiazda" jestem pytana o dosłownie wszystko! Nudzi mnie to już, więc odpowiadam na wszystko odpowiedziami tzw. "z dupy wyjętymi". Jak to Chodakowska to musi się spytać o wagę, kuźwa!
- A ile ważysz, jeśli mogę spytać? - a na ile kurwa wyglądam?!
- 52 kilogramy... - odpowiedziałam krótko
- Wow, to naprawdę mało! Co spowodowało tak mało liczną masę? - spytała "kryjąc zdziwienie"
- Jak byłam mała biegłam za księżycem - powiedziałam podpierając się na łokciu i patrząc w stolik z kawą. Kamerzysta się zaśmiał przez co kamera zsunęła się w dół.
- Cięcie! - zawołała "Ewcia". Boże! Jak ja jej nie cierpię! Po gówno mama zgodziła się na ten wywiad?! - Trochę więcej zaangażowania! - zwróciła się do mnie blondynka.
- Przypominam ci, że to ja tu jestem gwiazdą, więc nic nie możesz mi zabronić! Ciesz się, że jeszcze tu jestem! - warknęłam i odwracając się na kilku centymetrowych szpilkach zarzuciłam włosami tak, że "królowa fit" dostała nimi w twarz.
- Trochę szacunku, gówniaro! - syknęła grożąc mi palcem. Ja zachowując kamienną twarz odwróciłam się i zmierzałam ją wzrokiem.
- Zielony i brązowy? Gratuluje! - powiedziałam sarkastycznie
- Co? O czym ty mówisz?
- Przypominam, że nie jesteśmy na "ty"! - spojrzałam na nią groźnie
- Ta... ale o czym mówiłaś? - spytała. Czy tylko mi ona tak włazi w dupę?!
- Mówiłam o kolorach twojego "stroju" - powiedziałam z wrednym uśmieszkiem
- Brązowy i zielony to kolory oznaczające naturalność, a są bardzo modne! Zresztą... co ty możesz o tym wiedzieć?! - spytała zirytowana. Najwyraźniej zarówno jak ja miała już dość tego "spotkania".
- Więcej niż ci się wydaję! - powiedziałam odwrócona do niej bokiem. Kątem oka widziałam, jak robi się czerwona ze złości. Dalej na mojej twarzy kwitł złowieszczy uśmieszek. - Oznacza naturalność, hę? To czemu masz tonę make up'u?
Ewcia już nie wytrzymała i odwróciła się na brązowych koturnach by po chwili leżeć na ziemi. Mój uśmiech poszerzył się jeszcze bardziej. Podbiegli do niej scenarzysta z projektantką by pomóc jej wstać. Poszłam w kierunku mojej garderoby. Rzuciłam czerwoną perukę na ziemię. Usiadłam na sofie i zaczęłam zastanawiać się nad sensem życia. Wzięłam do ręki koktajl, ale przez swoją nieuwagę rozlałam go na moją miętowa sukienkę. Krew się we mnie zalała. Najpierw ta wkurwiająca gwiazdeczka, a teraz to! Podbiegłam do toaletki i chwyciłam za mokre chusteczki. Starałam się jakoś zetrzeć ten syf, ale za chuj mi to nie wychodziło. Jedynie bardziej ją roztarłam. Zaklęłam głośno.
- Kurwa mać! Zaraz coś mnie trafi! - krzyknęłam głośno i podeszłam do wieszaka, by wziąć z niego kurtkę. W trakcie jej zakładania do pomieszczenia weszła moja mama. 
- Czemu klniesz? - spytała cicho i spojrzała na mnie zimno
- Bo mogę! - miałam tego wszystkiego dość
- Umawiałyśmy się, że z tym kończysz! - powiedziała podniesionym głosem
- No dobra przestanę, bo to już mnie zaczyna nieźle wkurwiać! - warknęłam mocując się z zamkiem
- Elizabeth! - krzyknęła. Czemu "Elizabeth"? Bo tak mam na drugie imię, którego nienawidzę. Przypomina mi się wtedy ta jej surowa i wkurzona mina. (Twarz mamy rzecz jasna!) Zawsze tak do mnie mówi, bym wiedziała, że jest ze mną źle. Zaczęło się odkąd skończyłam... może z... 7 lat? Chyba tak.
- Przestań już! - syknęłam - Jedźmy do hotelu! Mam dość tego pojebanego kraju! - no w końcu... jechać ze stolicy technologii (Japonii) na takie zadupie (Polski) to jednak niezły wyczyn.
- Już skończyłaś ten wywiad? Szybko... - stwierdziła i dziwnie się na mnie popatrzyła
- Czy można go uznać za skończony...? Powiedzmy, że nagadałam naszej gwiazdeczce, a ona niezbyt dobrze na to zareagowała...- powiedziałam z łobuzerskim uśmieszkiem.

Znalezione obrazy dla zapytania łobuzerski uśmieszek gif

- Haru... już ci mówiłam... powinnaś być trochę milsza dla tych wszystkich ludzi... - powiedziała zrezygnowana
- Jakich ludzi? To tylko jeden "ludź"! - nadąsałam się
- Nie, nie tylko...
- To podaj mi przykłady!
- Np. Ariana Grande...
- Nie dała mi pogłaskać swojego pieska!
- Brad Pitt...
- Ja mu tylko powiedziałam, że coś od niego śmierdzi...
- Mo właśnie, to nie było za miłe
- Ale ostatecznie miałam rację. Jaki debil nie wyczułby takiego pierda?!
- Ech, księżna Kate
- Ja się ją tylko spytałam o wiek! Czego tu się czepiasz?
- Po pierwsze: nie wypada, a po drugie: powiedziałaś jeszcze, że skoro to już będzie trzecie dziecko to tak musi się puszczać, że w wieku 40 lat będą mieć około szesnaściorga potomstwa! Wiesz jakiego się wstydu najadłam przez ciebie!
- Ale to również dzięki mnie w ogóle tam byłaś! - wymieniłam przeważający argument. To był definitywny koniec rozmowy. Chyba trochę za mocno pocisnęłam ( ͡° ͜ʖ ͡°) .  Wróciłyśmy do hotelu nie odzywając się do siebie przez całą drogę. Na miejscu zastałyśmy śpiącego tatę. Po 2 dniach wróciliśmy do rodzinnego państwa. Z mamą nie odzywałyśmy się do siebie przez jakieś 2 tygodnie. Było mi cholernie ciężko, ale postanowiłam być nieugięta i nie dawałam za wygraną. To ona powinna mnie przeprosić za ostatnią akcję. To nie była moja wina! Po długich 2 tygodniach wreszcie się do mnie odezwała.
- Elizabeth, przynieś swoje pranie - powiedziała surowym tonem z kamienną twarzą. Ten stan unosił się przez 2 miesiące, a potem... potem była ta katastrofa. Widziałam roztrzaskujący się samolot. Rodzice zginęli na miejscu, a ja nie zdążyłam przeprosić mamy. Cięłam się może z... 2 razy. Dostałam też lekkiej depresji. Lekkiej, bo minęły 2 tygodnie od tego wydarzenia. Jeszcze nie miała czasu się rozrosnąć. Ale ja ją czuję, czułam... Już nie wiem! To wszystko jest takie skomplikowane! Nagle przed oczami znowu stanął mi płonący, rozbity samolot. Słyszałam krzyki i szlochy tych ludzi! Całe rodziny! Aż nagle... uderzył o ziemię! I...

... wtedy się obudziłam... z krzykiem i płaczem. Szlochałam po cichu wtulona w poduszkę. Nie chciałam tego widzieć! Ale... lepiej kurwa dalej mi to robić! Nie wiem kto kieruje tym idiotycznym światem, kto go w ogóle stworzył. Kto mnie tak nienawidzi, by mi coś takiego zrobić?! A no tak...! Życie! To jest właśnie prawdziwa codzienność! Życie... nie jak z bajki, jak z dramatu. Możliwe, że skończy się tak jak i cała reszta filmów z tego gatunku. To jest... śmiercią głównego bohatera, którym jestem ja!
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Jutro powinien pojawić się następny rozdział. Baji~

23 grudnia 2016

Rozdział 21~

Polecam! ;*


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Szybko wstałam z chłopaka ciągle przepraszając za zaistniałą sytuację. Było mi strasznie wstyd.
- No dobra, przestań przepraszać i lepiej chodźmy już na górę zanim... - pośpieszał mnie. Nagle z kuchni wyłoniła się ciemna postać.
- Zanim co? - spytałam
- Zanim ona przyjdzie... - i jak na zawołanie tajemnicza postać wyskoczyła zza rogu. Była to piękna kobieta. Miała długie, ciemne, kręcone włosy i duże, brązowe oczy. Jej postura była niska, ale była też dosyć szczupła. Miała śliczny uśmiech. Od razu podeszła do mnie z życzliwym uśmiechem, za to Armin zrobił soczystego facepalma, który odbił mu się na czole. Czerwony ślad na pół twarzy! Hahaha! Chciałam się posikać ze śmiechu, ale w moich niecnych planach przeszkodziła ta dziewczyna. Czyli wychodzi na to, że... niedosikanie moje!
- Cześć, jestem Silvia! Mama Armina - powiedziała nadal uśmiechnięta i wyciągnęła do mnie rękę. Tym razem ją uścisnęłam, a nie tak jak w poprzednich przypadkach ukłoniłam. Już powoli się do tego przyzwyczajam. Chwilę pogadałyśmy. Temat ze szkolnego szybko zboczył na dzieciństwo Armina. Nawet mogłam zobaczyć parę niestety niezręcznych zdjęć. Po 20 minutach Armin odciągnął mnie na schody i szybko popchnął w kierunku szklanych drzwi, w których widać było niebieskie światło odbijające się na cały pokój.
- Właśnie o niej mówiłem.
- Przecież to bardzo sympatyczna kobieta - zapewniałam
- Oj, myślę, że za wcześnie to powiedziałaś. No dobra, przejdźmy do głównego punktu naszego spotkania, ale wcześniej zapytam. Chciałabyś coś do picia?
- Em, masz może colę?
- Oczywiście. Zaczekaj! - pobiegł na dół po napój. Pociągnęłam za srebrną klamkę i weszłam do najprawdopodobniej pokoju czarnowłosego. Co ja mówię?! To na pewno był jego pokój! Na pomarańczowych ścianach wisiały plakaty różnych gier video. Łóżko było jednoosobowe z szarą pościelą. Naprzeciwko łóżka stała drewniana komoda na której stał 42 calowy telewizor, a nad nim była jeszcze jedna półka wisząca na ścianie. Była na niej kamerka podłączona do x-boxa, który z kolei stał obok kamerki. Na półce były jeszcze 4 konsole. (Chyba źle napisałam...) Obok telewizora stało czarne biurko, a na nim jakieś kartki, komiksy, parę książek i czasopism z filmami. Obok niego stał kosz na śmieci. Była jeszcze mała szafa stojąca obok wejścia na balkon. Cały pokój pokrywała biała wykładzina. Mięciutka. W jednym rogu pokoju stał miecz świetlny. Oczywiście plastikowy. Na suficie była ogromna lampa, ale było jeszcze coś przez co prawie padłam na zawał. Przez totalne zaskoczenie aż upadłam na dywan. Do pokoju wszedł Armin.
- Sorry, że tak długo, ale mama mnie zatrzymała i... - urwał gdy mnie zobaczył. Wybuchnął głośnym śmiechem. Prawie wylał na mnie moją colusię! Dalej patrzyłam się z przestrachem na sufit.
- Nie wiedziałam, że jesteś fanem "Star Wars'ów"... - powiedziałam cicho dalej patrząc się w górę, bo była tam ogromna tapeta z Darthem Vaderem! Uwielbiam ten film! A raczej całą sagę!
- Tak jakoś wyszło. To dzięki tacie! - powiedział uśmiechnięty, a następnie pomógł mi wstać.
- On też jest fanem tego filmu?
- Nom - uśmiechnął się promiennie
- To w co gramy? - spytałam pocierając ręce z szaleńczym uśmiechem.
- No! I taki klimat to ja rozumiem! - krzyknął i podbiegł do kartonu wyjmując z tamtąd Assiassin's Creeda! Yey! Zrobiłam wślisk niczym gitarzysta grający solówkę. Szybko zgarnęłam konsolę i krzyknęłam.
- Ja pierwsza!
- Ej! Ja chciałem pierwszy - powiedział będąc lekko urażonym. 
- Dziewczyny mają pierwszeństwo! - broniłam swoich racji.
- Jakbyś jeszcze nią była... - powiedział do siebie uśmiechając się chytrze. 
- Ej! - szturchnęłam go łokciem w żebra.
- No już! Spokój! Żartowałem! - darł się podczas gdy ja powaliłam go na ziemię i bezlitośnie uderzałam pięściami. Oczywiście lekko by nie wyrządzić mu poważnej krzywdy. Zaznaczam! POWAŻNEJ! Lekka ujdzie! Nagle do pokoju wbiegł Alexy. Kiedy nas zobaczył wybuchnął głośnym śmiechem i dołączył się do mnie. W sensie, że... pomógł mi obalić rządy niecnego mrocznego lorda wredoty.
- Jesteś moim bratem! Powinieneś mnie wspierać! - darł się Armin, a Alexy zaprzestał swego dotychczasowego działania.
- Faktycznie...! - i rzucił się na mnie. Tylko, że on mnie łaskotał, a nie bił. Ale jego debilny bliźniak nie zrozumiał, że to tylko zabawa! Musiał mnie bić! Oczywiście! Ale by was pocieszył, to powiem, że lekko mnie tykał (xD).
- Armin przestań! - wydarłam się na niego. Mam tego dość!
- Oj no! Daj spokój... - powiedział Armin zakładając ręce na pierś i obracając głowę w inną stronę.
- Braciszku, ostrzegam cię, żebyś zostawił Harcię w spokoju!- powiedział Alexy z chytrym uśmiechem. Podniósł się do góry i podszedł do drzwi. Już wyszedł i miał je zamknąć, ale przeszkodził mu głos brata.
- A bo co mi zrobisz? - uśmiechnął się szatańsko do Alexego.
- Ja cię tylko ostrzegam, byś nie trafił na mniej wyrozumiałego rozmówcę... - i wyszedł zamykając za sobą drzwi.
- O kim mówił? - spytałam
- O mamusi. On zawsze była drażliwa na znęcanie się nad innymi - zaśmiał się krótko
- Oł. No to po dobie! Szach mat skurwielu! (Przepraszam! Musiałam! xD) - zaśmiałam się głośno
- Oj uwierz... Nie dowie się! - syknął do mnie
- Tsa, jasne. Nie możesz być tego pewien! - powiedziałam wycierając łezkę z kącika oka.
- Twój brak wiary we mnie, mnie nie pokoi... - uciął temat
Podeszłam do biurka by napić się swojej coli, która na nim stała. "I tak będę grać pierwsza!" pomyślałam. Odwróciłam się by zabrać konsolę i zacząć grę, ale Armiś już tam siedział. Jak on tak może! Spieprzaj do siebie! Po ponownym wślizgu popchnęłam chłopaka i szybko przejęłam czarne urządzenie. Ten dalej oszołomiony moim zachowaniem powoli podniósł się na łokciach.
- To nie fair! Dzikusko! - zwyzwał mnie.
- Ja?! Ja dzikuską?! To się okażę! - pobiegłam do jego łóżka po poduszkę i rzuciłam w chłopaka. Trafiłam w twarz. Yey! Moje punkty!
- Chcesz wojny? Będziesz ją miała! - wziął poduszkę, wstał i podbiegł rzucając się na łóżko. Tak spędziliśmy około 10 minut. Aktualnie leżymy obok siebie. W pewnym momencie zamknęłam oczy i wsłuchiwałam się w nierówny oddech chłopaka. Nagle uruchomił jadaczkę.
- Ej, co teraz robimy? - spytał.
Nie odpowiedziałam. Niech pomyśli, że śpię. Zobaczymy co zrobi. Może to być nawet zabawne. Zapewne zacznie panikować, albo mnie "obudzi".
- Słyszysz mnie?
Znowu cisza.
- Ech... Harcia, Harcia - wymamrotał, a następnie złapał za prawą rękę. Tego się nie spodziewałam. Po 2 minutach leżenia już miałam otworzyć oczy, ale chłopak mnie przytulił. To było... magiczne. Odkąd przybyłam do tej szkoły minął może z tydzień, ale zdarzyło się naprawdę wiele, nieprzewidywalnych rzeczy. Spotkanie Meli po tylu latach, próba gwałtu ze strony Kastiela, przeprowadzka Kena, przyjazd Paula, napad zazdrości Lysandra, wizyta chłopaków, napad furii ze strony Zacka, łaskotki Lysa, Nat w moim łóżku, poznanie mojej klasy, szukanie psa Kasa i... cała prawda wydobyta z wnętrza Lysandra. Ciężka prawda. Nie mam pojęcia jak mam z nim jutro rozmawiać. Najchętniej w ogóle bym tego nie robiła, ale siedzimy razem na niemieckim. Znowu mnie przeprosi, a potem będzie powtórka z rozrywki. Tych rzeczy wydarzyło się naprawdę za dużo. Widzę, że ci chłopcy próbują się do mnie zbliżyć, ale... ja tego nie chcę. Przyjaciele? Owszem. Ale czy coś więcej? Na pewno musiałoby minąć sporo czasu. Przez ostatnie wydarzenia mam wrażenie, że bardziej polubiłam Kastiela i Wojtka oraz Armina. Mam nadzieję, że oni nie będą się posuwać do tak radykalnych środków spędzenia ze mną czasu, jak w starej szkole. Mam do nich zaufanie. Nie wiem dlaczego, tak jest... Raz jeden gościu uwięził mnie w kantorku woźnego tylko po to by się spytać czy lubię zwierzęta, bo chciał mnie zabrać do schroniska gdzie pracował jego wujek. To przechodzi ludzki pojęcie! No dobra, koniec filozofowania! Niespokojnie się poruszyłam tylko po to by wyswobodzić się z uścisku Armina, ale on tylko bardziej go pogłębił. Zaraz chyba zacznę się dusić. Znowu przerwano moje szamotania. Znowu przez Alexego.
- Hejcia, przyszedłem sprawdzić czy muszę posuwać się do tak radykalnych środków by wzywać drugiego rozmówcę! - wszedł z impentem, ale jego entuzjazm zniknął gdy nas zobaczył. Na chwilę... Potem się poszerzył!
- Wiedziałem! Ojojcio! Wy, urocze szmiry! Czemu mi nic nie powiedzieliście?!
- Powiedzieliśmy czego? - spytał Armin. Dalej miał mnie w swoich objęciach. No bez jaj! Jeszcze nie zorientował się, ze nie śpię! Ta głupota.
- Widzę, że cierpicie na ciężki przypadek półgłupstwa! - powiedziałam
- No nie wieżę! Armin! Skąd ona zna wyniki do naszych badan! - powiedział uradowany. Prychnęłam.
- Harcia?! Ty nie śpisz?! - spytał wystraszony Armin.
- Najwyraźniej,,, - zakończyłam - możesz zabrać swoją rękę?
- Jaką rękę? - pokazałam mu palcem na jego rękę oplatająca mnie w talii. - Aaaa, tą rękę! - i zniknęła, a ja mogłam oddychać.
- No, ale dalej mi nie odpowiedzieliście na pytanie! - powiedział Alexy' uś (czyt. Aleksuś)
- Jakie?
- Jesteście ze sobą? - wykrzyknął podekscytowany. Zaczerwieniłam się.
- Tak/Nie! - powiedzieliśmy równocześnie z Arminem. Ja sir (czyt. ser) burak "Nie!", a Armiś cały w skowronkach "Tak!". Popatrzyłam dziwnie na Armina.
- To znaczy... nie! - powiedział zawstydzony.
- Ojoj! Czekajcie! Zrobię wam zdjęcie! - wykrzyknął i już go nie było. Popatrzyliśmy porozumiewawczo na siebie z Arminem. Pobiegliśmy do drzwi i zamknęliśmy na klucz zanim drugi bliźniak zdążył do nich podbiegnąć.
- Otwierajcie! Mogę tu siedzieć 24h na dobę! - krzyknął zirytowany.
- Alexy! Co tam się dzieję?! Co to za krzyki?! - usłyszeliśmy z dołu głos Silvii.
- Nic mamiiii~! - krzyknął świrus
- No mam nadzieję! Bo jak tam przyjdę i cię trzepnę to nie usłyszysz Justina Biebera przez rok! - powstrzywałam się by nie wybuchnąć śmiechem.
- To nie Justin Bieber tylko Justin Timberlake! - wykrzyknął za zgrozą
- Wszystko jedno! Wracaj do swoich zajęć i nie przeszkadzaj bratu!
- Tylko, że właśnie to jest moje jedyne i ulubione zajęcie! - tłumaczył się
- Koniec! Do pokoju!
- Dobrze mamciś...
Przez resztę spotkania graliśmy w różne gry nabijając się z Alexego. Po 22:00 oznajmiłam, że już wychodzę. Armin proponował mi odprowadzenie mnie do domu, ale odmówiłam. Wolę w ciszy odpocząć po dzisiejszym dniu. Pożegnałam się z Silvią, Arminem i Alexym, a następnie ubrałam buty i kurtkę i wyszłam "w świat". Włączyłam sobie jedną ze swoich ulubionych piosenek na słuchawki, (oczywiście) które włożyłam do uszu.



 Jutro muszę siedzieć z Lysem. Co mam z tym zrobić?! Nie mam ochoty go widzieć! Nie po tym co powiedział! Mam go dość! Jego i tych jego humorków! Pokonałam powrotną drogę i weszłam przez bramę i ogród. Następnie przekręciłam kluczę w drzwiach i weszłam do ciemnego pomieszczenia. Nie mam już na to wszystko siły! Zapaliłam światło i usiadłam na kanapie. Wyjęłam telefon i zadzwoniłam do... Kastiela.
- Halo? - usłyszałam po drugiej stronie słuchawki.
- Hej, tu Haru... - nie dał mi dokończyć
- A czym sobie zasłużyłem na ten telefon? Hmm?
- Mam... problem...
- ...I co ja mam do tego? - spytał po dłuższej chwili
- To tyczy twojego przyjaciela...
- Nataniela? Sorry, ale chyba pomyliłaś mnie z Melanią, bo ja i on to... - tym razem to ja nie dałam mu dokończyć.
- Nie on! Lysander! - krzyknęłam do słuchawki
- Dobra, dobra... spokojnie! To co tam z nim?
- Pamiętasz co się wydarzyło ostatnio? - poczułam wielką gulę w gardle na to wspomnienie. Chłopak mruknął potwierdzająco - i chciałam się ciebie spytać jak mam się zachowywać w stosunku do niego?
- A co ja?! "Wujek google", czy "ciotka dobra rada"?! - wkurzył się - dalej mnie nie przeprosił, więc nie mamy o czym gadać!
- Ale jak chcesz go unikać? Chyba siedzisz z nim na niektórych lekcjach?
- Ale ja jutro nie idę do szkoły!
- Aha. No to... pa...
- Nie! Czekaj! Sorry za moje zachowanie, ale mam dużo na głowie i... no po prostu dużo zamieszania jest...
- No, ok...Ale co mi byś polecił?
- Też nie idź! Prościutkie! Możemy razem "coś" porobić! - w wyobraźni już widziałam jak się uśmiecha i rusza brwiami.
- Kastiel...- powiedziałam zirytowana
- No, ok! Ok! Chciałem pomóc!
- Nie masz innego pomysłu?
- No... coś wspominałaś, że ten cały Paul jutro wyjeżdża... możesz go odwieźć na pociąg czy samolot...
- Na jedno wychodzi...
- To tylko moje zdanie! Rób co chcesz!
- No...dobra. Ale muszę wstać o 6, bo Paul ma samolot o 9:00, a powrót do domu zajmie mi około godzinę i ,,, wychodzi na to, że jeszcze bym zdążyła na pozostałe lekcję... - urwałam
- Dobra, to jutro wpadam o 10:30! Nie dam ci się nudzić! Nara! - wykrzyknął i rozłączył się.
- Kastiel... nie irytuj mnie! - syknęłam do pustej przestrzeni. Następnie przyszła ciocia i Jack, zjedliśmy kolację, a potem umyłam się, przebrałam w moją zieloną koszulkę nocną. Spięłam włosy w warkocza.

Podobny obraz

Dzięki temu rano będę mieć lekkie loczki. Nastawiłam budzik na 6 rano, a następnie oglądając film na telefonie zasnęłam. Oczywiście był on podłączony do ładowarki wpiętej do kontaktu. Potem zatraciłam się w fantastycznym śnie. Bardzo... fantastycznym.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Starałam się napisać ciut dłuższy rozdział przez mój brak nieobecności. Z góry przepraszam za błędy. Baji~